Duńskie piwo i rosyjskie Pomarańcze
Lacuna confidential file #12 @ 24 September 2002, 11:50 amPatient: Spotless
Poszedłem na polanę z książką, była siódma rano. W torbie miałem trzy pomarańcze i butelkę Carlsberg’a. Ponieważ było jeszcze za ciemno żeby czytać, zacząłem rozbierać pomarańcze by dostać się do miąższu. Miąższ zapakowałem do swej jamy ustnej. Pomarańcza była cierpka.Wyciągnąłem długi gwóźdź z torby i przebiłem nim drugą pomarańczę. Nie wydała żadnego odgłosu, rozczarowałem się trochę. Odrzuciłem ja daleko w krzaki, skąd usłyszałem cichy jęk. Zaintrygowany wstałem, coś strzeliło mi w kolanie. Mokra trawa przesiąkła już moje dżinsy, wiec czułem się dosyć nieswojo.
Powoli zacząłem podchodzić do krzaków, rozchyliłem gałęzie. Cichy trzask towarzyszył memu wtargnięciu w od dawna nie naruszaną strukturę przyrody. Gałęzie nie były przyzwyczajone do ręki człowieka. Ujrzałem w krzakach coś przedziwnego. Pomarańcza leżała w kałuży swojego soku, posoka obficie spływała jej z rozbitej skorki. Poczułem wyrzuty sumienia. Chyba się czegoś napiję. Upadłem na ziemię i począłem czołgać się w stronę pozostawionej na słońcu butelki. |
Butelka duńskiego trunku stworzonego z zabitego chmielu zaczęła staczać się z polany. Powoli na kolanach począłem biec w stronę ciągniętej przez grawitację w stronę środka Ziemi butelki z duńskim chmielem w płynie. Zauważyłem jednak, że nie dam rady dobiec na kolanach. Podniosłem się. Cos strzeliło mi w drugim kolanie. Tym razem nieprzyjemne uczucie klejących dżinsów spotkało mnie na kolanach. Zbliżałem się do butelki. Po chwili złapałem ją i ległem na powoli wysychającej już od Słońca trawie. Odkorkowałem ją. Jakby specjalnie wybuchła pianą prosto na moją koszulę zrobioną z zamordowanej okrutnie bawełny.
Po zaspokojeniu pragnienia poczułem ostry ból w kolanach. Powoli otworzyłem oczy i zobaczyłem otwarte złamania w okolicach kości biodrowych! Kości sterczały w ten sposób, że mogłem trzymając je chodzić jak na szczudłach. Uff! A już myślałem, że będę potrzebował wózka inwalidzkiego. Pokonując ból, który przeszywał mnie dosłownie do szpiku kości, zacząłem schodzić w stronę miasta. Co chwilę potykałem się o wystające grzyby. Jednego z nich zmiażdżyłem traktorem gumowej podeszwy buta stworzonej z kauczuku wydartego boleśnie swemu ojcu - drzewu kauczukowemu. Aborcja kauczuka na moim bucie. Zmiażdżyłem tego grzyba.
Wtem przypomniałem sobie o mojej książce! Muszę po nią wrócić. Mimo okropnego bólu, zakrwawiając wszystko dookoła, dotarłem do polanki gdzie zostawiłem książkę. Niestety nie znalazłem jej. Czyżby zbieg okoliczności, że książka została zrobiona z zamordowanego drzewa? Ciekawe, ta książka była o GreenPeace! Czy las przywłaszczył ją sobie jako rekompensatę za ścięcie drzewa na papier?
Szwendałem się jeszcze przez kilka minut gdy nagle moja noga natrafiła na dziwną wypukłość w polanie. Tam, jak sobie przypomniałem, leżała moja książka. Wypukłość powiększała się dość szybko. Wkrótce dwie czy trzy gałązki z małymi fioletowymi liśćmi przebiły ziemię i zaczęły piąć się w stronę Słońca. Zapiałem z zachwytu - kupiłem książkę, która zapuściła korzenie! Nie mając nic lepszego do roboty zacząłem kopać otwartą kością w korę nowopowstałego drzewa. Bolało, ale było fajnie. Z upływu krwi straciłem przytomność.
Gdy obudziłem się zobaczyłem przed sobą już olbrzymie drzewo. Obok mnie leżała śliczna brunetka, była czysta i naturalnie piękna. Marzyła, patrząc w niebo. Ja też byłem naturalnie piękny. Potem Ona wstała i chwyciła moją rękę. Razem stanęliśmy przed drzewem. Drzewo miało wszystkie rodzaje owoców, na drzewie była przybita tabliczka. Narysowane na niej były owoce. Jeden z nich był przekreślony. Miał kształt znaku firmowego Apple Microcomp. Kobieta podeszła do rzeczywistego odpowiednika przekreślonego owoca. Zerwała go. Usłyszałem syk węża. Moja Afrodyta powąchała owoc. Chwyciła go mocno i rzuciła z całej siły w kierunku węża.
Koniec bajki - jak zwykle szczęśliwy