Release is peace
Lacuna confidential file #195 @ 28 November 2005, 3:16 amPatient: Spotless
Życie w Redmond płynie w sumie spokojnie. Ładnie tutaj jest, ale faktycznie człowiek bez samochodu nie ma w Stanach racji bytu. Będzie chodził głodny, a gdy zdecyduje się przejść kilka mil autostradą do najbliższego fastfoodu, szybko zostanie zgarnięty przez policję i odsiedzi swoje w celi (to nie moja historia, żeby nie było). Mam możliwość wynajęcia samochodu, ale na razie siedzę na głowie nowożeńców, których wykorzystuję jako środek transportu, a oni wykorzystują mnie jako siłę roboczą przy przeprowadzce. Układ raczej w porządku ;-)
To był tydzień świąteczny, długi weekend z indykiem w tle, zatem wiadomości w TV trąbią o tym, że indyk może zabić i spalić dom (dużo rodzin wrzuca zamrożonego indyka do głębokiego rozgrzanego tłuszczu, skutek takiego działania jest podobny do użycia napalmu w kuchni) oraz o ofiarach przepychanek i tratowania w supermarketach podczas największych w roku wyprzedaży. Pod tym względem to kraj wariatów, do szału zakupów dostosowałem się gładko — wszystko właściwie jest dużo tańsze niż w Irlandii, ciuchy przede wszystkim, a niektóre rzeczy są nawet tańsze niż w Polsce.
Pogoda jest zmienna, do czego przywykłem już w Dublinie — jest ciepło, bywa mglisto i mokro, ale ogólnie panuje tutaj bardzo przyjemna jesień. Widoki w czasie pogodnego dnia są przepiękne, z przedmieść widać postrzępione i ośnieżone górskie szczyty na wschodzie oraz przepiękny wulkan Rainier. Zdjęcia będą dużo później, gdy wybierzemy się na weekendową wycieczkę w tamte strony.
Tymczasem zdjęcia z bardzo sympatycznej morskiej knajpy japońskiej, gdzie w formie bufetu można zjeść różne ‘morskie śmieci’. To kolejna część moich eksperymentów z takimi smakołykami, których do tej pory nie trawiłem. Bez przekonania jak widać, ale przeżyłem i polecam :-) Obok świeżo ożeniony Paweł wcina surowego tuńczyka. Moim faworytem jest jednak łosoś z Alaski, niesamowity, chyba się uzależniam — niedobrze, nie sądzę by w Europie dało się gdzieś takiego zjeść.
O pracy będzie więcej w tygodniu.
A o sobie? Zwykłem wplatać moje myśli w notki o wszystkim, niech i będzie tym razem. Cholernie mieszane uczucia mam odkrywając nowe miejsca i rzeczy samemu. Przyzwyczaiłem się przez ostatnie (no dobrze, _ostatnie_ to nie jest dobre słowo, wcześniejsze niż ostatnie) lata do tego, że dzieliłem się z kimś bliskim wrażeniami, wydarzeniami, spostrzeżeniami. Teraz to wszystko przełykam samemu, ewentualnie pochodną tych myśli wpisując w bloga, też nie wiedząc właściwie po co. Kinda pathetic, isn’t it.
My friends are so depressed
I feel the question of your loneliness
Confide…’cause I’ll be on your side
You know I will, you know I will
Ex-girlfriend called me up
Alone and desperate on the prison phone
They want to give her seven years
For being sad
I love all of you
Hurt by the cold
So hard and lonely too
When you don’t know yourself
My friends are so distressed
And standing on the brink of emptiness
No words I know of to express
This emptiness
I love all of you
Hurt by the cold
So hard and lonely too
When you don’t know yourself
Imagine me, taught by tragedy
Release is peace
I heard a little girl
And what she said was something beautiful
To give your love no matter what
Is what she said