Roger Waters 2007
Lacuna confidential file #720 @ 29 July 2007, 10:28 pmPatient: Spotless
“So ya, thought ya, might like to go to the show”
Minęło już trochę czasu od koncertu Rogera Watersa. Nie udało się napisać relacji „zaraz po”, więc teraz będzie z większym dystansem i mniejszymi emocjami. Czy to dobrze, nie wiem. Tak czy inaczej, bilety na Watersa kupiłem dokładnie w dniu swoich marcowych urodzin – na tyle wcześnie, że o nadchodzącym czerwcowym koncercie zdążyłem prawie zapomnieć. Gdy odpaliła się przypominajka w kalendarzu, poczułem radość jakbym otrzymał prezent urodzinowy dwukrotnie.
Z góry powiem, że koncert był dla mnie niesamowitym przeżyciem – i chcąc podzielić się chociaż kawałkiem tych emocji – poniższa relacja będzie DŁUGA.
Pojechaliśmy z E. podmiejską kolejką z San Francisco do Oakland. Koncert odbywał się w Oakland Arena, zaraz obok McAfee Coliseum – gdzie normalnie rozgrywane są mecze lokalnych zespołów bejzbola (Athletics), koszykówki (Wizards) i footballu (Pirates). Fani sportu i muzyki w zabawny sposób mieszali się na parkingu i w przejściach między stadionem i halą – jedni ubrani w „jerseys” swojego zespołu, drudzy w czarne lub tęczowe koszulki z różnych tras Pink Floyd i Watersa.
Po zaopatrzeniu się w duże kubki piwa zajęliśmy swoje miejsca – prawie idealnie przed sceną. Koncert był „siedzący”, nie było „młyna” – miejsca na parkiecie były tylko dla VIPów. Oczom naszym ukazała się ogromna scena, z bardzo klimatyczną scenografią: widać było wielką butelkę whisky (Red Label) i popielniczkę stojące obok starego radioodbiornika. Wydawało się, że to statyczny element scenografii – do momentu, gdy do popielniczki sięgnęła wielka dłoń z papierosem, by po chwili włączyć radio i wyszukać jakąś stację ze starą muzyką. Dopiero wtedy okazało się, że cała scenografia to niesamowicie wielki ekran.
Zgasły światła i się zaczęło.
„There’s one smoking a joint, and another with spots!”
Zgasły światła, rozgrzmiały pierwsze dźwięki “In the Flesh”, na ekranie zaczęły maszerować „Wallowe” animowane młotki. Tłum oszalał, a pod sufit podniosła się chmura dymu. I nie był to dym ze sceny. Ku naszemu zaskoczeniu, cała hala wyciągnęła jointy i zaczęła palić. Po prostu. Trawka przechodziła z rąk do rąk rzędami, ludzie się częstowali. Wizja konserwatywnej Ameryki, gdzie za posiadanie czegokolwiek idzie się na długie lata do więzienia – poległa w konfrontacji z liberalną Kalifornią. „There’s one smoking a joint” krzyknął Waters pokazując na kogoś w zadymionym tłumie, a tłum zafalował szczerym śmiechem. „Are there any queers in the theatre tonight?” zaśpiewał Waters, bo znowu dostać gromką odpowiedź twierdzącą. Kalifornia.
Niesamowite było usłyszeć głos Floydów na żywo. Te tak doskonale znane dźwięki i barwa, tak charakterystyczne z przesłuchanych wielu, wielu godzin kaset i płyt – teraz były namacalne prawie każdym zmysłem. Miało się wrażenie uczestniczenia w czymś niepowtarzalnym, być może kończącym się na zawsze – i z każdą piosenką wrażenie to rosło.
Za moment chwila uspokojenia, „Mother” z pytaniem na czasie „Do you think they’ll drop the bomb”? Waters zawsze politykował, nigdy nie był obojętny. Ale robił to dla mnie w sposób nie budzący sprzeciwu, bez włączania czerwonych lampek. Populistycznie? Na pewno. Ale z argumentami. Ten koncert był w całości przeciwko wojnie i Bushowi. Symboli i jednoznacznych tekstów było momentami aż za dużo.
„History is for fools”
Po kilku utworach ze starszych płyt Floydów, Waters zagrał tylko (niestety) dwa kawałki solowe z „Amused to Death” . Charakterystyczne pianino i ciężki oddech „Perfect Sense 1” wywołały niesamowite ciarki – nad głową widzów przeleciał w zupełnej ciemności astronauta, obracając się we wszystkich kierunkach, lecąc w stronę Ziemi. Przypominam w tym miejscu post Kid-A z kawałkiem tłumaczenia tej piosenki.
Ekran przyzbliżał się coraz bardziej, by w końcu pokazać Memorial Stadium, na którym odbywało się torpedowanie platformy z łodzi podwodnej. Kto nie zna tekstu piosenki „Perfect Sense 2”, nie zrozumie.
Waters zaśpiewał swoją nową piosenkę pt. „Leaving Beirut”, z tekstem wyświetlanym na ekranie w formie komiksu-opowieści, o młodym Watersie podróżującym stopem po Libanie. Stuprocentowo polityczny tekst, który przeszedł w znane „Sheep”. Tym razem nad głowy wzleciał wielki Floydowy prosiak, wyspreyowany hasłami typu „Impeach Bush NOW”. Teksty zmieniały się z koncertu na koncert, warto poczytać o tym tutaj. Publiczność wyciągnęła środkowy palec w kierunku świni, jednoznacznie popierając przekaz.
Na tym zakończył się pierwszy akt koncertu. Po krótkiej przerwie, w czasie której na ekranie przybliżał się coraz bardziej księżyc w pełni, Waters wrócił, by zacząć część główną – czyli „Dark Side of the Moon” od deski do deski.
„The Great Gig in the Sky”
Wszyscy znają te piosenki. Na koncercie brzmiały identycznie; to nie jest czas by eksperymentować, miksować, zmieniać.
Ale nie to wszystko zrobiło największe wrażenie. Dla mnie „highlightem” wieczoru było solo kobiety z „The Great Gig in the Sky”. Plotki czy Waters śpiewa niektóre kawałki z playbacku czy nie nie były dla mnie istotne. Tego wokalu nie da się zaśpiewać z taśmy. Bałem się, jak to wyjdzie – i wiedziałem, że jeżeli wokalistka nie wejdzie w te tony tak dobrze znane z płyty – zawiedzie.
Nie zawiodła!
Gdy rozległy się głosy zegarów i rozbrzmiał „Time”, myślami odleciałem do pewnej nocnej wizyty w radiu w Lublinie i wszystkiego tego, co się wtedy w moim życiu działo. I do tego, że tak przykro tamten etap został zamknięty i oderwany. Dlaczego? Emocje i upływający czas…
Kończące „Brain Damage” i „Eclipse” – mimo, że to przecież nieszybkie refleksyjne utwory — pędziły już niesamowitym rytmem, gdy nad głowami kręcił się laserowy pryzmat, omiatajac publiczność kolorową oślepiającą tęczą. Wrażenie było przytłaczające.
Skończyło się dużo za szybko. Rytm „Dark Side…” jest złudny – płyta kończy się za szybko i słuchając jej w domu, zawsze włączam „repeat”. Na koncercie sie nie dało.
„Can you show me where it hurts?”
Na bis Waters zagrał jeszcze pięć kawałków z „The Wall”. Zakończył „Comfortably Numb”, podczas gdy na telebimie pojawiła się postać (nawiązanie do filmu „The Wall”?) – właściciel dłoni operującą radiem, butelką whisky i papierosem.
To było jedno z tych wydarzeń, których się nie zapomni. Klimatyczne koncerty, które wywołują wspomnienia, dreszcze, emocje – które powodują, że przez kilka godzin jest się innym człowiekiem, kiedy ani przez chwilę nie myśli się o swoim codziennym życiu — takie koncerty są bezcenne. Aż dziwne jest, że tak wiele można osiągnąć dźwiękiem i światłem. I nie, nie doznaliśmy tych wszystkich wrażeń paląc trawkę, chociaż to by było prostsze wytłumaczenie…

July 30th, 20076:25 pm at
moża dać link do twj opowieści na Pewnym Forum? :-) A może sam się tam wpiszesz? :-)
korzyści były by dwie - sprawił byś przyjemność masie ludzi pokazując się i samym kocertem :-)
July 30th, 20077:02 pm at
E, jak uwazasz, ja sie tam lepiej nie pokaze, bo jeszcze sobie o mnie przypomna i zechca kolejnego przeniesienia na nowy serwer ;-)