Gdzieś w Luizjanie
Lacuna confidential file #722 @ 10 August 2007, 5:14 pmPatient: Spotless
W słoneczne wtorkowe południe, gdzieś w Luizjanie, prawdopodobnie w okolicach Nowego Orleanu, nieznany mi osobnik wybrał się na zakupy.
Wiadomo — każdy od czasu do czasu musi zakupy zrobic. Te zakupy miały byc trochę większe, wszak mając dom w okolicy Nowego Orleanu zawsze jest w nim coś do zrobienia. Oczywiście podłoga już wyschła, ale dom trzeba wyremontowac, przemalowac. Już prawie wszyscy sąsiedzi na ulicy domy swoje odmalowali, tylko rodzina tego nieznanego osobnika jeszcze nie. Siara.
Panowie (lub panie, płci nie znam, dokładnej liczby również) wybrali się zatem do sklepu Lowe’s, odpowiednika europejskiej Castoramy. Można tam kupic wszystko, czego może potrzebowac osoba z walącym się domem w potrzebie. Wózek sklepowy został załadowany artykułami pierwszej potrzeby i grzecznie czekał w (krótkiej o tej porze) kolejce do kasy.
Oczekując na przeskanowanie towarów i zapakowanie ich przez uczynną kasjerkę, Pan Domu upewnił się zerkając na obsługiwanych klientów, że płacąc kartą kredytową nie trzeba się podpisywac lub prezentowac dowodu tożsamości. Co prawda Pan Domu sprawdził to już wcześniej, jednak zawsze warto się upewnic, niż zostac później zaskocznym. Po upewnieniu się, uspokoił swoje rozbiegane myśli i zaczął rozważac świetlaną przyszłośc swojej rodziny w odmalowanym domu. Sąsiedzi w końcu przestaną szczac do ogródka, pomyślał.
Skanowanie i pakowanie zakupów poszło sprawnie. Pan Domu niedbałym ruchem wyciągnął z portfela kartę kredytową i przeciągnął ją przez czytnik.
* * *
Wieczorem tego samego dnia, wiele tysięcy mil na Zachód, przy kasie w Ikei Palo Alto stałem ja z żoną, z wózkiem pełnym charakterystycznych pudełek. Niedbałym ruchem wyciągnąłem kartę kredytową i przeciągnąłem ją przez czytnik. “Declined” — pojawiło się na monitorku. Transakcja odrzucona. Kilkukrotne próby nie przyniosły rezultatu. Ostatecznie trzeba było zapłacic kartą debetową.
* * *
Rankiem następnego dnia zadzwoniłem do centrum autoryzacji kart mojego banku, by dowiedziec się, że w czasie, gdy ja spokojnie siedziałem w pracy, we wtorkowe południe, ktoś w Luizjanie próbował dokonac zakupu na kwotę $216, używając mojej karty kredytowej. Transakcja została odrzucona jako podejrzana (zakupy w odległym stanie w krótkim odstępie czasu) a karta tymczasowo zablokowana. Padłem ofiarą przestępstwa określanego tutaj jako “skimming” — ktoś fizycznie skopiował moją kartę i sprzedał/przetransferował dane do Luizjany, gdzie była próba jej użycia.
Jako, że nie używam karty kredyowej w bankomatach, jedynym miejscem, gdzie mogła zostac skopiowana, to któraś z restauracji przez nas odwiedzonych w przeciągu tych sześciu miesięcy. W Stanach, niestety, kelnerzy nie przynoszą przenośnych terminali do stolika, lecz zabierają kartę i zanoszą w mroki zaplecza, gdzie mogą z nią zrobic co chcą. I jakoś nikt nie dba o to, żeby wprowadzic dodatkowe zabezpieczenia, chipy, PINy, weryfikacje. Bankom i tak bardziej opłaca się ponosic koszty tych przestępstw, niż wprowadzac ograniczenia utrudniające korzystanie z plastikowych pieniędzy.
Welcome to the jungle.
* * *
“Declined” — pojawiło się na monitorku. Transakcja odrzucona. “Fuck” powiedział Pan Domu w Luizjanie, machnął ręką, zostawił zakupy i wyszedł ze sklepu. Nie będzie malowania domu tego lata. Trudno. Może następnym razem.

August 10th, 20078:19 pm at
No proszę. Człowiek się niby pilnuje, ale jak zechcą to i tak go spróbują oskubać. Ciekawe tylko jak u nas działa system ostrzegawczy obsługujący karty. W końcu nigdzie w Polsce nie jest tak daleko, żeby nie było usprawiedliwienia dla użycia karty jednego dnia w Krakowie i Gdańsku.
August 11th, 20075:05 pm at
@D-Fens
A Phil Collins na Live Aid zagrał i w Londynie i Filadelfii :)
@Spotless
historia mimo wszystko z happy endem a banki stosują zabezpieczenia mniej uciążliwe dla klientów. Ciśnie się na usta jakiś żart z Amerykanów pamiętających 4 cyfrowy PIN ale sprawa jest oczywiście bardziej skomplikowana.
Mnie generalnie (obecne) karty kredytowe denerwują.
a) nie potrafię zamazać 3 cyfr z tyłu. One i tak są tylko do transakcji internetowych. Dawno już je znam na pamięć.
b) dlaczego nie mogę dostać karty kredytowej “całej białej”, bez wytłoczonych numerów i ze swoim zdjęciem? Przecież numery wklepuję tylko w internecie. W przypadku płatności w sklepie i tak nie te numery są istotne a pasek magnetyczny. Numery mógłbym zatrzymać w domu w szafie. Godzę się mieć kartę której nie będą obsługiwać miejsca używające jeszcze tych pras odbijających numer na kartce papieru. Tylko raz w moim życiu tak użyłem karty, ale było to w miejscu tak odległym od cywilizacji że zapłaciłem kredytową a nie gotówką właściwie tylko by poczuć się absurdalnie.
c) ponieważ numery są widoczne ktoś je może po prostu podejrzeć gdy płacę w sklepie. Nie mówiąc o kelnerze i transakcji online.
August 12th, 20078:39 am at
Właśnie wstałem i popijam kawkę i tak mnie naszło, że zapomniałem napisać: bardzo dobre napisany tekst! Świetnie się czytało - tak samo jak poprzedni o RW.
August 15th, 20073:23 pm at
to ja bylem w Luizjanie ostatnio… Przepraszam za te karte, numer i kartke kupilem w Szanghaju na bazarze. Nie wiedzialem, ze to twoja. Jeszcze raz przepraszam.
August 16th, 200712:48 pm at
KidA: cała biała karta na nic ci się nie przyda, bo przy odrobinie kombinowania głowicę czytnika da się ukryć w mankiecie albo pasku od zegarka, zaś komplet odciśniętych danych jest na ścieżce B (http://en.wikipedia.org/wiki/Magnetic_stripe_card)
Natomiast o ile w Starym Kraju ekspedientki ogólnie kładą żur na zgodność podpisu na kwicie z podpisem na karcie, o tyle zgodność tłoczonego numeru z numerem na kwicie z reguły sprawdzają.
A trzy cyfry z tyłu możesz sobie wydrapać. W sklepie nie są potrzebne.
August 18th, 200712:13 am at
Ale sprawdzanie zgodnosci (wytloczonego numeru, zdjecia, podpisu, etc.) nie ma znaczenia, bo skopiowany pasek magnetyczny nagrywany jest na karte, ktora ma taki sam numer, a zdjecie, podpis — nowego ‘uzytkownika’.
Jak dla mnie, to tylko chip + pin. Stara zasada: cos co masz i cos co wiesz.
August 21st, 20074:39 pm at
Okazalo się, że scenariusz przedstawiony powyżej nie do konca jest prawdziwy. Pan Domu z Luizjany nie powiedzial “fuck”, tylko zabral zakupy do domu. Po czym pojechal na stacje bezynowa, zatankowal, pojechal do niedalekiego miasteczka, gdzie kupil XBOXa i kilka gier. W drodze powrotnej zalatwil jeszcze kilka pilnych sprawunkow. W ciagu dwoch dni udalo mu sie wydac ponad $600, wiecej niz dostaje z pomocy spolecznej, ale mniej niz zarabia ze sprzedazy narkotykow na rogu Washington i Piatej.
Zatem poki co happy endu nie ma, ale wierze, ze bedzie.
August 21st, 20078:06 pm at
i co.
Myślał że go nie znajdą? Co to za koleś? Wszędzie zakupy robił w kominiarce? Ludzie to jednak głupi są.
A jak z odszkodowaniem, bank płaci Tobie a on bankowi?
August 24th, 200711:44 am at
- To jest tak, że jeżeliby nam ktuś, na przykład, rozumiesz, porwał naszą furę i by go złapały to nam muszą oddać samolot, rozumiesz? To jest właśnie tradycja. Że nam muszą oddać!
- Samolot?
- No!
- Na kiego wała nam samolot? A furę?
- Furę też!