Mahalo to you, too
Lacuna confidential file #778 @ 10 May 2008, 8:30 amPatient: Spotless
Tak, tak, przeżyłem mój trzeci milestone. Żyję — ba, żyję nawet z uśmiechem na twarzy. Surprise?
Tyle czasu minęło, że nie wiem od czego zacząć. Zupełnie tak, jakby ktoś oczekiwał, że od czegoś zacznę, że coś systematycznie opowiem, zdam relację. Sam nie wiem, czy ja nie potrafię już się socjalizować przez Internet, czy po prostu nie chcę. Drażnią mnie wycieczki blogowe, drażnią mnie blipy, starzy znajomi na listach dyskusyjnych. Chyba ciągle w głębi siebie zbyt dużo od wszystkich poznanych ludzi oczekuję. A gdy przestaję oczekiwać, tracę poczucie, że innym zależy, mimo, że mi zależy nadal. I czuję się z tym głupio.
Ale miało nie być wycieczek, wracamy do zaczynania.
Aloha. Hawaje przerosły moje oczekiwania, mimo, że przecież chyba każdy ma z tak abstrakcyjnym miejscem jak “Hawaje” oczekiwania całkiem spore. Wyjazd tam to był naprawdę doskonały pomysł.
Jeżeli zastanawiacie się jak długo można w ten sposób spędzić czas i się nie znudzić — podpowiem, że długo. Ale jeżeli jednak przyszłoby się znudzić w pozycji plażowej, zawsze można ruszyć dupę kilka metrów i dać się sponiewierać.
Wieczór urodzin na plaży, z przyjaciółmi — zarówno obecnymi fizycznie, jak i w postaci bitów odtworzonych na laptopie, póżniej nocna zabawa z falami i martini z piaskiem — czy to już zakrawa na kicz, czy jeszcze nie?
Naprawdę nie jest łatwo przestawić nawet prosty skrót z pobytu na O’ahu — zdjęć narobiliśmy nieprzyzwoicie dużo. Po szczegóły odsyłam do mojego albumu (kto zna ten zna).
A jak jest? O tak:












May 13th, 20087:45 am at
(humming) “How I wish,
How I wish I was there…”
:)
No, rzeczywiscie udany milestone. W dodatku z zastyglej magmy. A ten kolor nieba to musiales chyba w photoshopie podpicowac, co? Zycze Wam takich Hawajow na codzien.