Podobnie jak półtorej roku temu, czyszczę i pakuję swój office w pracy. Biurko, szafki, segregatory.
Czynność ta może i jest ‘feng-shui’, ale dla nastroju jest wybitnie dołująca. Co prawda “zwijanie się” tutaj nie jest nawet w połowie tak emocjonujące i przykre jak pakowanie w CL, ale jednak jest to trudne.
Wszak w dotychczasową pracę wciągnąłem się dosyć głęboko. Te wszystkie notatki, dokumenty, projekty, przeglądy, rozpiski, diagramy — efekty mojej pracy i zaangażowania — lądują w zniszczarce. Ktokolwiek zajmie moje miejsce będzie drukował je sobie od nowa (bądź nie), notował po swojemu (lub nie) itd.
Prywatne przedmioty, które zdromadziłem w biurze, lądują w plecaku i pojadą ze mną w nowe miejsce: plakat jednego ze sponsorów tego bloga “Fukitol”, gąbczana piłeczka do odbijania o ściany officu, plakat R.E.M., talia kart “encapsulate this” oraz mała biedronka. Z tablicy korkowej znikają przypięte bilety z kina, teatru i koncertów dublińskich.

Podobne porządki dotykają twarde dyski służbowych komputerów oraz zasoby sieciowe, których jestem właścicielem. Wszystko trzeba uporządkować bądź usunąć, przygotować ‘handover docs’ i upewnić się, że nie zginie w czasie przeprowadzki coś wartościowego. Wypalić kilka kopii DVD (powstrzymać się przed zrobieniem sobie kopii kodu Windowsa Visty) i można już iść na kilka pożegnalnych pint z kolegami z pracy. A, nie zapomnieć o mailu pożegnalnym. Również nie będzie tak trudny jak w CL.
A potem… potem przyjdzie czas na kolejne zaangażowanie, personifikowanie nowego officu, rozkładanie prywatnych przedmiotów, śmiecenie twardych dysków.
It ain’t over ’till it’s over :-)
