Od godziny zabieram się do napisania tekstu i nic, co pojawia się na ekranie, nie przypomina tego co chcę napisać. To znaczy wiem, czego nie chcę napisać. Ale nie wiem jak to co chcę, zamienić w tekst. Chodzi mi o to by klawisz miękki wystukał wszystko co pomyśli głowa. Writer’s block. The usual…
Przedwczoraj obejrzałem “Tristram Shandy. The cock and bull story“. Jest tam fantastyczna postać aktora, który nie ma własnego zdania na żaden temat - z wyjątkiem siebie samego - i powtarza to co zasłyszał u jednej osoby, gdy rozmawia z drugą, by zaimponować jej swoimi ideami.
Dla każdego z nas świat dzieli się na sferę faktów, wiedzy, opinii - to co dotyczy zewnętrza i jest nam w zasadzie emocjonalnie obojętne. A przynajmniej same “fakty” nie podlegają wartościowaniu i niepewności. I to co dotyczy nas bezpośrednio. Uczucia, wspomnienia, poczucie wartości. W tej prywatnej części, z definicji jesteśmy ekspertami. W oczywisty sposób bezkonkurencyjnymi.
W publicznej sferze, zazwyczaj wiemy ziarnko piasku z pustyni wiedzy. Czy może lepiej krople z oceanu. Pustynia wiedzy brzmi jak mózg Wierzejskiego.

Często sprawiało mi, i dalej sprawia, radość (przyjemność? poczucie wyższości?) myśl, że część formułowanych myśli jest faktycznie moja. Doszedłem do wniosków analizą, przemyśleniami, odczuciami. Nie sciągnąłem rozwiązania z opiniotwórczego lub czasopisma. Te rozważania, a może potrzeba rozważań, pochodzą często z użycia narzędzia analizy doskonalonego przez sferę emocji.
Ale stosuję je do sfery publicznej. Mamy (ludzie) wspólny dostęp do sfery publicznej i jest ona rdzeniem komunikacji. Tematyka - tematy podejmowane - stają się protokołem. Rozmawiamy o tym co publiczne. De facto to O CZYM rozmawiamy jest protokołem, konwencją. A to co czujemy sami, i jakie wywołujemy uczucia u rozmówcy jest sednem.
Wiemy tyle o świecie, co rybka z rafy koralowej o oceanie. Czujemy chyba po równo (Wittgenstein by się obraził).
(…)
Co ciekawe, nie znajduję żadnego argumentu za korelacją pomiędzy “poglądy moje” a “poglądy słuszne”. W jakim sensie fakt, że “sam” do czegoś doszedłem. Albo że z czymś się zgadzam, miałby skłaniać mnie do ich akceptacji? Przecież moje poglądy są wypadkową doświadczeń, które JA przeżyłem. A dotyczyć mają sfery publicznej, która jest nieskończenie większa. Podszyta manipulacjami mediów i P.R. Jaki jest sens wymiany poglądów pomiędzy dwojgiem ludzi, skoro ich osobiste przeżycia są dużo silniejszą składową poglądów niż zbliżenie się do “prawdy”. Chyba, że zgodzimy się, że nie o wymianę poglądów, ani nawet o treść rozmowy chodzi.
Rozstrzygnąć problemu subiektywności opinii można zwiększając próbę statystyczną.
(…)
Używamy języka by móc zakomunikować emocje i postawy. Niezależnie od tematyki. Czy rozmowa dwóch informatyków o wyższości jednej karty graficznej nad drugą jest naprawdę rozmową o kartach graficznych? Czy obcokrajowiec albo upośledzony słuchając tonu dyskusji nie potrafiłby trafniej określić o czym jest rozmowa?
Na pewno znacie motywy z podpisami w filmach Woody Allena. Postać coś mówi, a pod spodem jest tekst z przekazem co naprawdę myśli. Właściwie powinno być - co naprawdę czuje - ale to nie jest do przetłumaczenia na literki. Spotless opowiadał mi kiedyś o filmiku w rodzaju “Office Space“, w którym postaci mówią to co myślą. Może podrzuci jakiś link.
- Z kim się dzisiaj spotkałeś?
- Z X. Gadaliśmy 4 godziny.
- O czym?
- A wiesz. Takie tam.
Nasza potrzeba kontaktu realizuje się poprzez rozmowę. O takim tam. Ale jednak się nudzi. I trzeba o czym innym… Z drugiej strony… Czasami cygaro jest po prostu cygarem.
Podsumowując ten rozchwiany wątek…
Zdarza mi się mieć wątpliwości czy odpowiadać komuś na zdanie które wypowiada, czy już bezpośrednio na emocję, którą przekazuje. I często trafiam kulą w płot :-)
Wydaje mi się to dość zaplątaną zagadką. Będąć przyzwyczajonym do ekspertyzy dotyczącej własnych uczuć i samopoczucia, przenoszę tę pewność siebie na poglądy. Chociaż tutaj przestaje obowiązywać nieomylność własnych odczuć, albowiem poglądy nie dotyczą już własnych uczuć a zewnętrznych faktów. Nie mniej jednak zdarza się mi, i innym też, bronić przekonań bardzo agresywnie. Choć są one wypadkową jednostkowych doświadczeń i medialnego przekazu, a nie jakąś prawdą objawioną, czy stałą przyrody.
Jak pisałem powyżej, rozwiązaniem jest vox populi, ale ten też pełen jest wad -> uśrednia po wiedzy/wykształceniu, wzmacnia efekt P.R. i bardzo często trywializuje wiele wymiarów dyskusji. Aczkolwiek pozbywa się zniekształceń jednostkowych uprzedzeń. Zamieniając je oczywiście na uprzedzenia zbiorowe.
Czy w tych jednostkowych rozemocjonowanych dyskusjach chodzi po prostu o dominację w stadzie?
Jeszcze zdanie o mediach. Czy nie macie wrażenie czytając wiadomości - w internecie w szczególności, że dziennikarze zachowują się jak głupi rozhisteryzowany plotkarz w kolejce po mięso. Pochwytują każde, nawet wyrwane z kontekstu zdanie i robią z niego sensacje, by dzień później o wszystkim zapomnieć? Chyba się starzeję.
Na zakończenie: a little bit of happiness.

Aha. Ktoś w Stanach zrobił wreszcie porządny reportaż na temat, który większość z nas od czasu do czasu niepokoił.