Must be the building, czyli pierwsze rozmowy o pracę
Lacuna confidential file #156; Mind map location(s): Chaos, IrelandMemory mapped on: 30 August 2005, 11:20 pm
Patient: Spotless
Pierwsza rozmowa - w dużej amerykańskiej firmie, daleki wschód Dublina. Pojechałem taryfą, tak jak poradziła kobieta z agencji — mają mi zrefundować koszt przejazdu. Podróż zajęła równo godzinę czasu (korki w mieście są potworne, rozkopany Wrocław się nie umywa). Pogoda zapowiadała się ślicznie, wzgórza na zachodzie oświetlone ostrym porannym słońcem sprawiały niesamowite wrażenie. Taksiarz nie był niestety zbyt rozmowny, ale może i dobrze — ciężko go było zrozumieć. Zapłaciwszy 30 euro (dla porównania, za 12 euro można pojechać autokarem do Belfastu) udałem się w pobliże zabudowań rzeczonej firmy. Miałem jeszcze pół godziny czasu, więc pospacerowałem po okolicy, starając się zrelaksować. Niestety, relaks w garniturze pod krawatem trudny jest do osiągnięcia (udało się pod koniec, ale o tym później).
W końcu nadszedł czas rozmowy. Najpierw szef produkcji softu, z nim rozmawiałem już dużo wcześniej telefonicznie, pozytywne wrażenie pozostało, chyba nie było źle. Rozumiałem go dobrze, on mnie też, więc jakoś szło. Później rozmowa z liderem programistów (on już ostro po irlandzku zawijał), który przemaglował mnie już ostrzej, robiąc mini-test techniczny. Co prawda zaznaczał wielokrotnie, że to nie _test_ tylko on chce wiedzieć z czym miałem a z czym nie miałem do czynienia (”not knowing is okay, remember that”, na co ja sobie dodałem w myślach “sure is okay, but you don’t get the job”). Tutaj już było średnio, nie przygotowywałem się do tej rozmowy, ale chłopak sprawiał wrażenie zadowolonego. Albo udawał. Whatever. W międzyczasie wyskoczyłem do toalety zerkając na pracujących przy niezłym sprzęcie w mini-open-space’ach, przywykłem pracować w dużych firmach, czułem się tam dobrze. Robią bardzo ciekawe rzeczy, w sympatycznej atmosferze.
Trzecia rozmowa to HRowiec, też ciężko było go zrozumieć, tym bardziej, że zrobił mi półgodzinny wykład na temat gratyfikacji, opcji na akcje, systemie wynagrodzeń i takich tam. Zadawał też podchwytliwe pytania związane z moim CV, karierą, planami. Ciężko mi ocenić ten etap, raczej też pozytywnie.
Trwało to wszystko trzy godziny, już czułem zmęcznie, to jednak był duży wysiłek — głównie dla umysłu ale też dla ciała, kontrolowanie własnego “body language” nie jest łatwe… szczególnie w garniturze ;-)
Częściowo emocje opadły — następna rozmowa w Blackrock o 16tej, miałem czas na powrót do centrum, spacer, zakup kabelka sieciowego, krótki posiłek w KFC (pierwszy tego dnia zresztą…) i podróż kolejką DART znowu wybrzeżem do Blackrock. Przez całą drogę przez miasto miałem wrażenie, że coś się zmieniło. Po chwili do mnie dotarło: w mieście pojawiła się młodzież szkolna, ubrana w obowiązkowe mundurki — bardzo ciekawe, stonowane, głównie w kratę. Zdaje się, że to był pierwszy dzień szkoły po wakacjach. Współczuję dzieciakom, pogoda była wyjątkowo wakacyjna tego dnia ;-)
I znowu w Blackrock. Teren już mi znany, więc szybka kawa, spokojny spacer na miejsce i drugi interview. Tym razem firma, w której byłem — to przeciwieństwo wielkiego molocha z porannej rozmowy. Kilkanaście raptem osób, firma istnieje dwa lata, ale prężnie się rozwija, ma niesamowite pomysły i potrafi je sprzedać — właśnie zawiera bardzo intratne kontrakty z dużymi klientami. Atmosfera przyjazna, domowa właściwie, rozmowa również przebiegała w takiej właśnie atmosferze. Usłyszałem, że mój angielski jest lepszy niż angielski większości irlandczyków, ale nie dałem się tym zmylić, bo zaraz za tym komplementem padło pytanie o to co sprawiło, że chcę u nich pracować. “It must be the building” — odparłem. Kobieta roześmiała się serdecznie: firma znajduje się w pięknym, starym, kamiennym domu, mini-pałacyku właściwie. Kiedyś mieściła się tam szkoła dla “niegrzecznych dziewcząt”, cokolwiek to znaczy. Ciekawe, jakich scen były świadkami te ściany…
Ogólnie druga oferta pracy wydaje się być także bardzo kusząca. W małej firmie są większe możliwości pokazania swoich umiejętności, obszar odpowiedzialności jest z reguły większy. To dobrze i źle oczywiście.
Teraz czekam na feedback z obu firm. Nadal nie wiem jak rozegrać sprawę z Microsoftem, ale nie martwię się już tym. Będę się martwił gdy będę miał problem - czyli gdy ktoś będzie mnie chciał już teraz. Na razie siedzę i się uczę, nikt mnie nie chce więc problemu nie mam ;-)
Zaraz po rozmowie wtoczyłem się wykończony psychicznie (maglowanie) i fizycznie (upał w garniturze) do pubu, zamówiłem niewyraźnym irlandzkim “glass-o-whiskey-please”, usiadłem przy barze, rozsupłałem krawat, rozpiąłem kołnierzyk i w końcu odetchnąłem.
Irish whiskey smakowała tak, jak już dawno żaden alkohol mi nie smakował.