Dzień 2, interview 1
Lacuna confidential file #151; Mind map location(s): IrelandMemory mapped on: 25 August 2005, 11:00 pm
Patient: Spotless
Pierwsze przebudzenie w Dublinie. Nade mną świetlik w suficie, niebieskie niebo i słońce. Niesamowicie dobrze taki widok wpływa na poranne samopoczucie, a może i na cały nadchodzący dzień?
Koszula i garnitur wyprasowane, śniadanie zjedzone. Jeszcze tylko skok do miasta w celu nabycia irlandzkiej karty do telefonu, chwilka w kafejce (Polacy są wszędzie, ale o tym później) i trzeba jechać na interview.
Miejsce “wywiadu” to końcowy przystanek autobusu, nie można się więc zgubić. Zachodni Dublin jest bardzo urokliwy. Góry (naprawdę zielone ;-)), niska zabudowa — do tego wszystkiego jeszcze cholernie zmienna pogoda (deszcz i słońce żyją tutaj w zgodzie), a nawet burza z małymi piorunami — to wszystko w czasie
mojej podróży autobusem.
Pod koniec trasy w busie byłem tylko ja, kierowca i jeszcze drugi podobnie jak ja odpicowany chłopak w garniturze. Zagadałem go, też jedzie na interview, do sąsiedniej firmy. Życzyliśmy sobie nawzajem szczęścia i stanąłem przed bardzo ładnym, dużym budynkiem korporacji, która chciała mnie przepytać. Miałem jeszcze trochę czasu, więc pospacerowałem sobie po okolicy. We Wrocławiu pracowałem w “Parku Biznesu”, ale przy tym dublińskim musiałbym tamten nazwać “mini-parkiem”. Grubo ponad 100 naprawdę dużych i liczących
się firm, ładne, ciekawe budynki, spokojna okolica, trawa jakby ręcznie docinana na wysokość 2.5cm. Idealne warunki do pracy, chociaż do centrum to jest jednak ładny kawałek. Ale tak to już jest, centrum=odpoczynek, przedmieścia=praca, a gdzieś pomiędzy=mieszkanie.
Nadeszła godzina spotkania, poza tym zaczął padać deszcz, udałem się więc do budynku głównego.
Przemiła pani na recepcji poprosiła żebym usiadł i się zaczęło.
Okazało się, że nikt ze wskazanych przeze mnie (a otrzymanych z agencji) osób nie wie
nic o tym, że mają mieć ze mną interview… Trochę czasu minęło zanim sprawa się wyjaśniła.
Nawaliła kobieta z HRu, która nie poinformowała odpowiednich osób i nie wpisała im tego
w kalendarz. Zostałem grzecznie przeproszony (”that never happened before”),
i cóż, umówiliśmy się na poniedziałek. Mają pokryć koszta mojego dojazdu (tym razem
wezmę taryfę), cóż, zobaczymy jak będzie.
W międzyczasie porozmawiałem też z Marie, kobietą z agencji, która nagrała mi drugi
interview też na poniedziałek. To będzie ciężka przeprawa, ale wolę jeden dzień połazić
w garniturze, niż biegać co drugi dzień.