A man walks away when every muscle says to stay
How many yesterdays - they each weigh heavy
Who says what changes may come?
Who says what we call home?
Dobrze zatem, symbole są dla mnie istotne, i co z tego, lubię myśleć cyklami, szczególnie rocznymi, mimo że nie mam pamięci do dat jako takich, pewne wydarzenia potrafią się wryć na długo i przypominać o sobie jak wyskakujący pop-up “a pamiętasz…?”. Tak jest i tym razem, gromadzi się tyle rzeczy, listopad 2004, coś się kończyło, coś się zaczynało, listopad 2005, powoli wszystko się kończy, niedługo kolejne urodziny, które od jakiegoś czasu traktuję już tylko jako “drogę do trzydziestki”, ok, śmiejcie się, ale jednak to mnie rusza, czemu powrót do przyjemnych wspomnień zabiera tak dużo czasu, a powrót do tych niemiłych i do rzeczywistości jako takiej to raptem sekunda, myśl, błysk, wizja, wyobrażenie, zapach?!
I know you see right through me, my luminescence fades
The dusk provides an antidote, I am not afraid
I’ve been a million times in my mind
This is really just a technicality, frailty, reality
Twarze ludzi mijane na ulicy, widzę ten błysk odbity w świątecznych witrynach w sklepach, karta kredytowa w dłoni i zakupy zakupy zakupy, pieprzyć to, skoro mam ochotę na dobrą kolację we francuskiej restauracji, dlaczego właśnie francuskiej, tyle do wyboru, ale jednak wspomnienia, zatem aperitif- martini - znowu wspomnienie, ale inne, oliwki, pieczywo, ryba, wino, głośno i przytulnie, stolik dwuosobowy, chyba nie robią jednoosobowych, może wciśnięte gdzieś w kąt obok kuchni lub toalety, ten jednak dwuosobowy, więc wpatruję się w swoją kurtkę przewieszoną przez krzesło prowadząc w myślach dialog z samym sobą, żałosne to czy nie, deser też wezmę, lody, polecam, kelnerki uprzejme, same nie wiedzą czy mówić po angielsku czy francusku, więc odpowiadam po francusku, gastronomiczną gadkę prowadzić jeszcze potrafię, rachunek spory ale też pieprzyć, chociaż tyle mi zostało right?
It’s time to breathe, time to believe
Let it go and run towards the sea
They don’t teach that, they don’t know what you mean
They don’t understand, they don’t know what you mean
Muzyka w uszach też symboliczna, ta płyta ciągle brzmi zeszłoroczną jesienią, lyonem, marsylią, mój sojusznik w trudnych chwilach? Ile kilometrów z pieprzoną walizką wtedy przeszedłem, zapętlając REM i Janerkę w discmanie, bladym świtem, dlaczego nie nocą, byłoby łatwiej i lepiej, to była popieprzona noc, chyba najtrudniejsza w życiu, tak blisko do okna, które przyciągało, nienie to nie tak, pieprzone piętro z pieprzonymi sąsiadami, “How does the Halloween look like in Poland?”, i tak nikt nie zrozumiał tego co zrobiłem lub zrozumiał opacznie, poza chwilą zrozumienia i jednym telefonem i cisza, reszta to bagno.
OK mam wiele wad, żyję z nimi długo więc poznałem je dokładnie, nie zamykam oczu, podejmuję wyzwania, akceptuję porażki, ale nie znoszę komplikowania, oszukiwania, wykorzystywania, może to też wada, nie wiem, w tych czasach może faktycznie pozostaje być skurwysynem i się nie przejmować innymi, martwić o siebie, nie to nie trudno.
Wbrew pozorom jestem cholernie trzeźwy i nie żalę się, myślotok to wyrzucenie nagromadzonych myśli, każdy moment jest dobry i lepiej, że to wpada w klawiaturę a nie w czyjeś nieprzygotowane uszy, zatem czytać nie trzeba, pocieszać też nie, bo i przecież smutny nie jestem, wkurwiony to lepsze słowo, dużo lepsze, więcej emocji i wyrazu. Poza tym pewnie to jedna z ostatnich (takich?) notek, przynajmniej tutaj, kolejny rok mija więc tradycyjnie już pora poszukać nowego miejsca.
They don’t get it, I wanna scream
I wanna breathe again, I wanna dream
I wanna float a quote from Martin Luther King
I am not afraid
I am not afraid
I am not afraid?