Na jakiś (dłuższy) czas mam dość latania. Chociaż zawsze towarzyszą temu nowe emocje. Dzisiaj na przykład nad Amsterdamem przez samolot przeleciał piorun. Potwornie huknęło, błysnęło, na chwilę zgasły światła, większość pasażerów przeżyła różne formy zawału. Mnie sie wydawało, że przeżyłem to w sumie bezstresowo, ale teraz słyszę głosy i ciągle mam przed oczami nagie dziewczyny wchodzące mi pod kołdrę — to ewidentnie efekt szoku elektrycznego, ale jakoś nauczę się z tym żyć ;-)
Dziwnie się leciało na wschód, wyleciałem zaraz po południu, więc słońce wysoko na horyzoncie w Seattle, ale już po 1.5h słońce zaszło, by po kolejnych kilku godzinach zaczęło znowu wschodzić — wszystko w przyspieszonym tempie, dzięki czemu straciłem całą noc.
I nareszcie jestem w domu, wyciągnąłem ze skrzynki tonę poczty, rozpakowałem walizki rozrzucając wszystko wokół, puściłem głośną nową muzykę i jest lepiej. W dodatku złapałem na Tramyardzie niezabezpieczoną otwartą sieć WiFi, do której się skrzętnie wpiąłem i korzystam z darmowego internetu. Po drodze kupiłem też zaopatrzenie do lodówki i teraz czuję się już bezpiecznie:

Padam na pysk, organizm nie bardzo rozumie co się dzieje, dwa redbulle i cztery kawy pozwoliły mi dotrwać do godziny, o której wypada się już położyć spać.
Jetlag mode on.