The pros and cons of hitchhiking
Lacuna confidential file #206; Mind map location(s): Chaos, TravelMemory mapped on: 15 December 2005, 8:42 am
Patient: Spotless
Podsumowanie wyjazdu?
Pros:
- wypaliłem tylko cztery papierosy przez te cztery tygodnie i to tylko po części jest zasługa upierdliwej kontroli granicznej, która zarekwirowała mi moją ulubioną zapalniczkę
- miło spędziłem czas u nowożeńców, chadzając do kina (z obejrzanych polecam tylko Pottera, Narnia niestety nie wciąga, podobnie Syriana. Yours-Mine-Ours to inna liga, zapomnijcie), spożywając miłe posiłki domowe i knajpiane
- chadzałem na imprezy na których nikogo właściwie nie znałem — mogłem zatem poznać sympatycznych ludzi w tym urocze koleżanki równie uroczej panny młodej
- odwiedziłem niesamowite miejsca w okolicy Seattle, odhaczając kolejne ukryte pozycje z długiej listy rzeczy-które-chcę-zrobić-przed-trzydziestką. Nie zobaczyłem wszystkiego, mam po co wrócić.
- nie mogę się oprzeć wrażeniu, że delegację tą mogę nazwać zdecydowanie bardziej urlopem niż wyjazdem służbowym, a co najciekawsze mój pracodawca nie ma takiego wrażenia, więc wszyscy zadowoleni
- kupiłem kilogramy ciuchów i większych lub mniejszych dupereli
- it’s good to go away to come back, zatem tęsknię już i za Dublinem i za Wrocławiem
- nagrałem płytę, kolejna rzecz ze wspomnianej listy odhaczona
- zdobyłem trochę experience points
Cons:
- wypaliłem tylko cztery papierosy przez te cztery tygodnie, coraz trudniej znaleźć coś co mi sprawia choćby krótką przyjemność
- chadzałem na imprezy na których nikogo właściwie nie znałem, a poznane urocze koleżanki są wybitnie zajęte lub ja jestem uznawany za wybitnie zajętego
- nie mogę się oprzeć wrażeniu, że delegację tą mogę nazwać zdecydowanie bardziej urlopem niż wyjazdem służbowym, na pewno gdybym chciał mógłbym zawodowo dużo więcej z niego zyskać
- odwiedziłem niesamowite miejsca, ale pozostało jeszcze dużo, których nie zobaczyłem
- kupiłem kilogramy ciuchów i większych lub mniejszych dupereli, nakręcając amerykańską gospodarkę i zbliżając się do osławionego świątecznego debetu, wszak wiadomo, że bez śniegu i debetu nie ma udanych Świąt, right.
- wygłupiłem się coś sobie wmawiając i się martwiąc oraz z kilkoma telefonami do Polski, by zostać w tradycyjnie sympatyczny sposób sprowadzonym na twardą glebę
- tęsknię
- straciłem trochę sanity points
Bilans jak to bilans, zero ;-) Więc nie narzekam, marudzić mam ochotę coraz mniejszą, kartka z rocznym TODO w kalendarzu pełna ambitnych planów i, cholera, zrealizuję je choćby nie wiem co.
