MS Access v1.0
Lacuna confidential file #249; Mind map location(s): Corporation, Sick Sad WorldMemory mapped on: 22 February 2006, 10:15 am
Patient: Kid A
Bardzo prosto. Esej brytyjskiego dziennikarza. Wrażeń wystarczy do końca dnia.
Bardzo prosto. Esej brytyjskiego dziennikarza. Wrażeń wystarczy do końca dnia.
Jednym z “benefitów” pracy w Dużej Korporacji są comiesięczne sesje masażu relaksacyjnygo dla każdego (chętnego) pracownika. Jest specjalny pokój a w nim specjalna pani, która robi dobrze, chociaż krótko. Dzisiaj był mój pierwszy raz.
Gdy zobaczyłem panią masażystkę od razu wiedziałem, że to właściwa osoba. Taka… natchniona. Emanowała pozytywną energią na odległość i mówiła prawie szeptem, żeby nie naruszyć Napływu Dobrych Fal.
Na wstępie wyjaśniła mi jakie rodzaje Terapii Relaksacyjnej stosuje: masaż górny, masaż uciskowy stóp oraz Reiki[1]. Na pierwszy raz zażyczyłem sobie masaż górny (chociaż akurat dzisiaj nie czułem się w ogóle specjalnie spięty). Pani się uśmiechnęła, włączyła relaksacyjną muzyczkę, przygotowała ręczniki, poprosiła żebym się górnie rozebrał po czym wyszła, żeby nie zaburzać moich Fal Skromności, które każdy ma gdy się przed kimś rozbiera.
Pani wróciła, położyłem się na brzuchu (a właściwie na kozetce) i włożyłem (poinstruowany) twarz w dziurę. W kozetce.
W trakcie gdy masażystka oliwiła sobie dłonie powiedziała (szeptem oczywiście), że w trakcie masażu będą do mnie napływać różne myśli i poradziła, żeby za nimi nie podążać tylko pozwolić im płynąć z muzyką i moich oddechem. Dodała też (nadal szeptem), że “you’re the boss here” i gdybym chciał, żeby skupiła się na “some areas” bardziej niż na innych to żebym się nie krępował i “asked her to do so”.
Zatem przełknąłem ślinę i zgodnie z sugestią pierwszą pozwoliłem moim myślom (zrodzonym sugestią drugą) odlatywać w dal z muzyką i oddechem.
Sam masaż był bardzo przyjemny i w sumie zrelaksowałbym się bardzo bardzo gdyby nie to, że piętro wyżej robotnicy łupali młotkami całkiem nierytmicznie. Za miesiąc kolejna relacja, tym razem z innej terapii relaksacyjnej[2].

[1] Definicję Reiki sobie sami wygooglacie, ja zacytuję tylko kawałek z ogłoszenia z irlandzko-polskiego forum: “Reiki to prosta metoda uzdrawiania energią Miłości poprzez dotyk rąk, lub na odległość. Pomaga praktycznie we wszystkim.”. Jeżeli natomiast u kogoś Reiki nie działa, to nie ma się co przejmować, gdyż “Reiki działa tam, gdzie jest najbardziej potrzebna. Zdarza się, że efekty działania tej energii są inne, niż zakładaliśmy, ale oznacza to, że w tym miejscu energia była bardziej potrzebna.”
[2] Dla fanów “Kasi i Tomka” — nie, nie będzie to płukanie okrężnicy ;-)
Wczoraj w nocy przyśniło mi się coś tak absurdalnego, że śmiałem się przez kilkadziesiąt sekund, aż obudziłem siebie i żonę. Pierwszy raz w życiu przydarzyło mi się obudzić ze śmiechu. Jak sobie teraz przypominam co mnie tak rozweseliło to trudno to wytłumaczyć.
Ale oczywiście chcecie wiedzieć. Śniło mi się coś w rodzaju (anty?)reklamy pieluszek, które nie dość, że nie chronią niemowlaka przed siniakami, gdy zbyt gwałtownie upadnie na pupę, to jeszcze w co piątej paczce z powodów oszczędnościowych nie ma środka chłoniącego, więc “można czekać i czekać aż ciecz wyparuje” - to cytat z tej bardzo różowej w kolorystyce reklamy.
To co widziałem przed oczami miało takiego klasycznego amerykańskiego lektora z czasów zimnej wojny. Wiecie, coś a la “Fallout”. Zachwalał na serio te pieluszki. A ja nie mogłem powstrzymać się od śmiechu…
Słodkich snów!

Co warto zrobić jeśli się tego nie będzie pamiętać? Ani od nikogo o tym co zrobiło nie dowie? Ani w żaden inny sposób nie będzie można z owoców tegoż skorzytać? To trochę a propos “Eternal sunshine of the spotless mind”. Ma według mnie istotne filozoficzne implikacje.
Zapraszam do dyskusji.
What’s worth doing, knowing you’ll not remember it? Nor will anyone tell you about what you’ve done. Whatever changes you’ve made to reality, they will not affect you personally. An act with no consequences for your future, and no recollections, even subconscious. A bit like “Eternal sunshine of the spotless mind”. The answer bears relevant philosophical consequences.
Please, feel free to comment.
… umiera codziennie.
Z pewnością świadomość takiego faktu nadaje „wiadomościom” właściwą perspektywę. Nigdy nie rozumiałem, co informacja o wypadku pociągu w Portugalii albo epidemii wirusowego zapalenia mózgu w Północnych Indiach miałaby mi dać. W ciągu dziesięciu minut telewizyjnego dziennika poświęconych zagranicy można opowiedzieć trzy, cztery historie ze świata. A informacji w Reutersie, AFP, TASS które selekcjonuje się przed emisją jest mnóstwo. Reportaże mówiące coś losach ludzi na kuli ziemskiej z pewnością są dużo ciekawsze niż wypadki i liczby zabitych. Dlaczego dziennikarze wolą takie informacje? Przecież reportaż o życiu w slumsach, powodach działalności wolontariatów, rozwoju technologii, nauki jest równie „sensacyjny”. Może mylę rolę edukacyjną z sensacyjną (nie, nie informacyjną)…
Obowiązkiem mediów jest zdobywać jak największe wpływy z reklamy.

Miesiąc temu byłem na miejscu gdzie nieco wcześniej wybuchła bomba i zabiła ponad pięćdziesiąt osób. To miejsce to główny bazar w New Delhi. Telewizje całego świata nadawały chaotyczne zdjęcia pyłu, karetek pogotowia, rannych ludzi. Pół setki osób zabitych przez „wrogów wolności”, „muzułmańskich” (kaszmirskich w tym wypadku) separatystów. Kolejny rozdział w niekończącej się wojnie. Kolejny kraj okaleczony przez jeźdźców apokaliptycznego terroru.
Doskonały argument by światowe rządy kontynuowały politykę ograniczania swobód obywatelskich, zwiększania wydatków na wywiad i zbrojenia i bez wytchnienia, wszelkimi środkami walczyły z wrogami wolności i pokoju.
Obowiązkiem polityków jest zdobywać jak największe wpływy.
Uczęszcząłem kiedyś na zajęcia Dyskusyjnego Klubu Filmowego na Uniwersytecie Warszawskim. Prowadzący opowiedział tam o ciekawej przypadłości Luisa Bunuela, który miał w zwyczaju doprowadzać swych operatorów do szewskiej pasji. Zabierał ich w najpiękniejsze miejsca Meksyku i obracał kamerę o 180 stopni zamieniając piękną górską panoramę w nudne szare rudery biednej wioski. Nie ulega wątpliwości, że wieczną sławę posiadł Bunuel, a nie żaden z jego zapatrzonych w „piękno natury” operatorów.
W New Delhi zabrakło Bunuela. Zabrakło kogoś kto zabrałby swoją ekipę i przeszedł się uliczkę dalej i sfilmował to, co jest prawdziwą tragedią. Codzienne życie milionów ludzi w skrajnej nędzy. Witryny sklepowe zdewastowane wybuchem wyremontowano, miejsce ponownie zaludniło się ludźmi. Żartowałem ze znajomymi, że gdyby w tej chwili gdy tam byliśmy wyparowało z Paharganj 50 osób to nikt by nie zauważył.
Bieda i krzywda została i nie zniknie. Ani bomby ani podsłuchy tego nie zmienią. I co gorsza, mimo że ten temat jest nieskończenie ciekawszy, waźniejszy, ba! stanowi fundament światowego terroryzmu, nie usłyszycie o nim w telewizji ani słowa.
Dlaczego katastrofy zwiększają wpływy z reklam? Czyżby reklama była tym wyczekiwanym słodkim cukierkiem po gorzkiej pigułce wiadomości… Wiem, że na ten, jak i na każdy inny temat napisano już setki doktoratów. Pozostaje jednak palące pytanie. Dlaczego to niczego nie zmienia?
Obowiązkiem właścicieli mediów jest podtrzymywać globalne status quo.
Na koniec coś z naszego podwórka. Co czuje człowiek, który pod wiadomością o n.p. katastrofie lotniczej w Ameryce Południowej stawia w polu skomentuj taki znaczek? [‘]. Albo taki [*]?
Następnym razem kiedy zobaczycie te trzy znaki odpowiedzcie:
> [*]
250.000[*] dziennie :-)