Życie to nie jeba(j)ka.
Lacuna confidential file #318; Mind map location(s): ChaosMemory mapped on: 9 April 2006, 1:43 am
Patient: Spotless
Wyszedł z mieszkania na ulicę. Zatrzymał się za bramą i spojrzał w niebo. Chmury pędziły gnane porywistym, chłodnym wiatrem. Nagle obrócił się i zaczął biec, coraz szybciej i rytmiczniej. Rozpierały go energia i emocje, których nie chciał inaczej wyzwalać, a wcześniej tylko dusił je ciszą i obojętnością. To jedyne czego się “nauczył” po tym wszystkim, wybuchy bezsilności zastąpił chłodnym kurestwem.
Dobiegł do sklepu, po drodze mijając wypożyczalnię DVD. Może się na coś skusić? Może wybrać coś miłego, przy okazji kupić brykiety do kominka i w miłej, ciepłej astmosferze obejrzeć razem film pod kocem?
Nie nie nie. Chłodne kurestwo, pamiętasz? Positive feedback urgently needed.
W sklepie złapał dwie czarne puszki Guinnessa, jednego Strong Bowa i butelkę jakiegoś monachijskiego biera. Do tego tradycyjnie “the guardian” i chyba koniec zakupów. Niedziela będzie leniwa. I dobrze.
Odgłos chusteczek higienicznych wyciąganych z kartonowego pudełka nocą. Westchnął ciężko.
Zerknął za siebie. Dwie pijane nastolatki całowały pod ścianą w sklepie równie pijanego gówniarza. Welcome to the jungle. Przypomniał sobie ostatnią wizytę w nocnym klubie, gdzie w ciągu pięciu minut świeżo zawartej znajomości dwie smarkule zaczęły ostro obrabiać laski przy stoliku obok chłopcom. Ochrona szybko ich wyrzuciła, ale oni byli szybsi. I zapewne na tym się nie skończyło. Pięknie. Nocne życie w Dublinie kończy się ostrą zabawą przed północą, wszak puby są zamykane wcześnie. Ponoć ten przepis jest traktowany bardzo dosłownie w niektórych miejscach: one SĄ zamykane, ale z ludźmi wewnątrz. Nikt nie wejdzie, ale będąc w środku możesz się bawić. Byle nie wyjść.
To nie to co imprezowanie “po wrocławsku” — z w-miarę-trzeźwym clubbingiem o drugiej-trzeciej nad ranem, gdy Rynek tętni jeszcze życiem. I to życie nie oznacza rzygów na każdym kroku, zupełnie nie. Już kwiecień? Odmierzanie czasu rytmami spowiedzi.
Zostawił za sobą śmierdzący sklep, założył kaptur głęboko na czoło i z brzęczącą torbą poszedł z powrotem do mieszkania.
czasami wolę być zupełnie sam
niezdarnie tańczyć na granicy zła
i nawet stoczyć się na samo dno
czasami wolę to niż czułość waszych obcych rąk
posiadam wiarę w niemożliwą moc
potrafię jeśli chcę rozświetlić mrok
mogę poruszyć was na kilka chwil
tylko zrozumcie kiedy zechcę znowu z sobą być
na pewno czułeś kiedyś wielki strach
że oto mija twój najlepszy czas
bezradność zniosła cię na drugi plan
czekanie sprawia że gorzknieje cała słodycz w nas
ogromny zgrzyt znieczula nas na szept
tak trudno znaleźć drogę w ciepły sen
słowa zlewają się w fałszywy ton
gdy nadwrażliwość jest jak bilet w jedną stronę stąd
okłamali mnie z nadzieją że
uwierzyłem i przestanę chcieć
muszę leczyć się na ból i strach
gdzie jest człowiek który z siebie sam pokaże mi jak
kto pokaże mi jak?

