Can you feel a little love? Dream on, dream on…
Lacuna confidential file #417; Mind map location(s): Chaos, Dreams, MindMemory mapped on: 6 July 2006, 2:41 pm
Patient: Spotless
Cztery lata temu obudziłem się wcześnie po niespokojnej nocy. Wieczór wcześniej do późna konstruowałem i malowałem ramki na witraże do drzwi w naszym mieszkaniu i gościłem przyjaciół, którzy nocowali u mnie. Pamiętam wypite z nimi piwo i taką spokojną ciszę wypełniającą dom.
Rano zjedliśmy niespiesznie śniadanie, pogoda była piękna. Całe życie dążyłem do tego właśnie momentu i wszystko szło perfekcyjnie. Łatwo uśpić czujność, gdy wszystko tak idzie: trzy dni wcześniej się obroniłem, dzień wcześniej przeprowadziliśmy rzeczy E. (jeszcze bez niej samej) i w końcu nadszedł ten dzień. Zawsze byłem symbolistą, a symbol tego wydarzenia był chyba naważniejszym.
Po spokojnym śniadaniu przyszedł czas na mniej spokojne sprawy: słońce stało już wysoko i grzało jak tylko mogło, gdy spacerowaliśmy po wrocławskim Ogrodzie Botanicznym, w pełnym rynsztunku — ze znajomym fotografem biegającym obok. Stres? Trema? Raczej uczucie spełnienia. Po prostu tak miało być i cieszyłem się tym. Później chłodne, ceglane ściany kościoła były kojące dla rozgrzanego gajerka, ale nie chłodziły myśli i emocji. Zerkałem na piękną kobietę obok mnie, zerkałem na tłum ludzi za nami. Tyle osoób dobrze nam życzących za plecami to niesamowite wsparcie. I to dziwne uczucie ciążącej odpowiedzialności. Nie, to złe określenie: to nie ciążyło, to nawet popychało do przodu. Ale wzbudzało niepokój.
Pamiętam powrót o piątej nad ranem autem pełnym pakunków, prezentów i kwiatów. I pierwszy poranek w naszym mieszkaniu.

Upraszczając, mógłbym napisać, że to właśnie wtedy skończyło się moje spokojne i poukładane życie, a miły sen zaczął przeradzać się z każdym dniem w koszmar. W ciągu tego czasu więcej mieszkaliśmy osobno niż razem, rozstawaliśmy się i wracaliśmy do siebie kilkanaście razy, sąd wzywał nas co i rusz na kolejne posiedzenia, zatrzaskiwane drzwi waliły z hukiem o futrynę, papierosy tłumiły myśli i spojrzenia, “everybody’s gotta learn sometimes” stało się hymnem i wytłumaczeniem dla wszystkiego. Zmieniliśmy się bardzo i teraz patrzę na siebie sprzed czterech lat jako jeden z gości, za plecami, wspierający — ale jednocześnie cynicznie się uśmiechający.
Okay. Ale jednak jesteśmy.