Uwierzycie, że to już rok? Ha, ja sam nie wierzę. Zleciało cholernie szybko. Przed rokiem zapakowałem się z dwoma walizkami na pokład lotu nr FR297, w przetrzebionym bagażu głównie literatura zawodowa, kilka zdjęć dla wspominania, referencje, CV, niepewność i marzenia. I właściwie tyle. Chcecie powspominać ze mną? Zapraszam do klikania w linki do starych notek.
Na lotnisku przywitał mnie kolega, przenocował – a później już jakoś poszło. Zresztą, pierwsze dni relacjonowałem w miarę dokładnie.
Jak oceniam decyzję o wyjeździe z perspektywy roku? Otóż nowość: nie oceniam. Na chuj mi oceny, bilanse i podsumowania. Powtarzałem to Kidowi-A w czasie Małej Improwizacji w Amsterdamie – i staram się tego trzymać.
Potwierdziło się kilka moich późniejszych spostrzeżeń: to, gdzie się żyje, nie jest zbytnio istotne, gdy ma się determinację, głowę i chęci. Irlandia nie zmieniła wiele, ale myślę, że ostatecznie – przewrotnie – NAM pomogła. Niektórzy wiedzą lepiej jak bardzo mi na tym zależało, inni wcale w to nie wierzą, są też tacy, którzy odczuli to bardziej nawet niż ja. Czy to koniec szarpania się i wędrówki – nie wiem. Nie sądzę. A może? To też nie jest ważne… Ot, uczę się bardziej cieszyć tym co jest niż czekać na coś, co być może będzie.
Dla jednych – minimalizm. Dla innych – dorastanie. Dla pozostałych – bez znaczenia. A dla mnie?
Czy muszę definiować i nazywać? Albo tłumaczyć? Zwykle, kiedy to robię, używam podobnych słów, wyrażeń — i się powtarzam. Konsekwencja? Może mantra? Albo wmawianie sobie?
Pozwólcie, że uczczę swoją rocznicę szklanką whiskey. Bo lubię (dawaj Kid-A, nazwij mnie znowu snobem).
Tak szybko przelatuję w myślach to co się w ciągu roku wydarzyło. O kurwa, jak się działo. Mógłbym tym obdarować kilka osób po 30-tce + podrzucić młodym scenarzystkom na pożarcie dla polskich seriali (spokojnie, erotyczne sceny na motocyklu też by się znalazły). Mój ostatni rok to historia rozstań i powrotów, rozwodów, podziałów, nerwów, koszmarów, zdrad i przyjaźni, szaleństw i stabilizacji. To pięć przeprowadzek, trzy firmy, kilkanaście tysięcy przebytych mil, nagrana płyta, Twin Peaks, Cicely i Seattle.
A ja jeszcze nie chcę stabilizacji?
Tego nie wiem, ale jest dobrze tak dobrze jak nie było już kurwa daaawno! I nawet jeżeli skala tego co to znaczy ‘dobrze’, ’szczęśliwy’, ‘kocham’ się bardzo zmieniła, to tylko dlatego, że i ja się zmieniłem — ale to JA więc to moje bilanse i podsumowania, więc jest dobrze, jestem szczęśliwy i kocham!
Ktoś niedawno określił mnie jako “człowiek, który zgubił sens”. Nie lubię tego określenia. Ja tego sensu ciągle _szukam_.
