poniedziałek
Lacuna confidential file #545; Mind map location(s): UncategorizedMemory mapped on: 30 October 2006, 5:20 pm
Patient: Kid A
Ostatni czas to zupełnie niewiarygodna karuzela. Najpierw świadkowie wpadli do nas ze swoim coraz mądrzejszym, dojrzalszym i lekko gnuśniejącym psem, a tydzień później my, wykorzystując pół rocznego przydziału na dwutlenek węgla zwiedziliśmy spotlessowe włości.
Spotless, świadkowie i ja skończyliśmy to samu liceum. Tę samą klasę. Jesteśmy pod wieloma względami z tej samej… hmmm, powiedzmy… połowy, klasy - nie pytajcie o metrykę.
Oba te weekendy przyglądają się sobie nieufnie i ze zdziwieniem, jak dwóch pacjentów w poczekalni pamiętnikowego przetwarzania pamięci. Rozdzielone i spięte fantastyczną (choć dokumentalną) klamrą dwóch przeczytanych książek, zawierają w sobie próby zrozumienia przyszłości i teraźniejszości, tożsamości i związków partnerskich, natury i kultury, kontemplacji i konsumpcji.
Te dwie wielce wpływowe i w moim naspeedowanym jesiennym trybie bardzo na czasie pozycje, to “A short history of progress” pożyczone od świadka, traktujące o piramidzie finansowej, bądź jak kto woli niekontrolowanym pożarze, zwanej globalną wolnorynkową cywilizacją. Druga, która wywróciła mnie tak jak ostatnio tylko “Cząstki elementarne” to “Życie na przemiał” wręczone when least expected przez BB. Tekst tak przenikliwy i otwierający oczy, zapatrzonemu w komputer i naukę chłystkowi (to ja), że po dotarciu do deski dwa dni później w metrze czytałem znów wprowadzenie. Za drugim razem, rozumiem oczywiście dużo więcej, bo dotrzymuję już kroku tokowi myśli Baumana. Lektura ta, nie staję się jednak w miarę rozumienia, łatwiejsza.
Bo cóż jest łatwego w uświadomianiu sobie całkowitej zbędności - dla systemu, cywilizacji - rosnącej grupy ludzi, dla których nie ma miejsca w pędzącym pojeździe zwanym postęp. Wielki wóz, mahajana. Uświadomieniu sobie, że świat wypełnił się po brzegi i nie ma już nowych lądów, nowych społeczeństw, niedotkniętych niewidzialną ręką światowego systemu wymiany handlowej.
Wrodzoną cechą postepu jest nieprzewidywalność przyszłości i wpływu postępu (naukowego/technologicznego) na rozwój społeczny. Dwudziesty wiek, pomimo swego okrucieństwa, był wiekiem pozytywnej korelacji postępu i rozwoju. Czy pamiętacie zakorkowane sterowcami niebo science fiction początku zeszłego stulecia? Ekstrapolowane do absurdu wyścigi zbrojeń, przenoszone na Księżyc pojedynki między kapitalistycznym Kargulem a komunistycznym Pawlakiem rozdzielonymi żelazną kurtyną?
Nie wiemy co przyniesie postęp. I wydaje się, że kolejne pokolenia, naprawdę nie będą miały pojęcia co ze sobą zrobić. Czego się uczyć? W czym specjalizować. Coraz mniej z nas - ludzi - cokolwiek wytwarza. Statystyki depresji wśród młodzieży rosną alarmująco. Bauman zauważa, że znajdujemy się w punkcie, gdy coraz mniej z nas może stać się choćby poprawnym konsumentem. Członkiem mieszczańskiego społeczeństwa, który jest o tyle rozpoznawany wśród innych o ile zgadza się poświęcić wolność za pensję i konsumpcję.
Komu potrzebni są niekonsumujący bezrobotni? I co z nimi zrobić? Nie ma już ich gdzie wysłać. Nie ma juz nieodkrytych lądów. W dodatku - i tu wizyta w Irlandii doskonale wpasowuje się w tę opowieść - zawsze znajdą się na świecie ludzie, którzy mają mniej do stracenia i skłonni sa porzucić swój kraj, więzi rodzinne byle odnaleźć uznanie finansowe. Rozpędzona, ekspansywna, kapitalistyczna cywilizacja wytwarza olbrzymie ilości odpadów. Ludzi (PDF), którzy ze względu na ograniczenia umysłowe, genetyczne, edukacyjne nie są w stanie sprostać wymaganiom rynku.
Niczego nie wytwarzają, niczego nie konsumują. Ale są. Skończył się dwudziesty wiek. Wykształcenie nie zapewia zatrudnienia. Magisterka to minimum. Korporacja nie daje żadnej gwarancji, że nie przeniesie fabryki “na wschód”. Nie znasz dnia ani godziny. W imię wiary w postęp gospodarczy poświęcamy, po wyrugowaniu religii ostatnią kotwicę sensownego jednostkowego życia. Wiarę, że praca, edukacja zapewni choć fragmentaryczne bezpieczeństwo.
Jest oczywiście jedno miejsce, gdzie bardzo chętnie wyśle się ludzkie odpady. Przez polityke zero tolerancji, wrzuci się ich w tryby błędnego koła znajdującej się w odwiecznej zapaści machiny re-socjalizacyjnej. Resocjalizacja nie działa. Szczególnie gdy nikt tego nie wymaga.
Widząc, że nie panuje i tylko przez krótko panowało, nad losem swoich obywateli, wycofuje się państwo z obietnic utrzymywania społecznego spokoju, poprzez pomoc tym, którym pozbawiony reguł świat kapitalizmu odebrał szanse na samorealizację. Nie na luksus! Na obronę przed depresyjnym staniem bycia bezużytecznym pomimo najszczerszych chęci.
Rządy, widząc beznadzieję swojej sytuacji jako gwarantor społecznego spokoju, kreują fikcyjne zagrożenia przed którymi starają się nas następnie poprzez ograniczanie praw obywatelskich uchronić. Wmawiają, że każdy dzień bez zamachu terrorystycznego to zwycięstwo państwa. Absurdalna propaganda sukcesu. Praca na okrągło, by zapobiec następnemu 11 września, 11 marca, 7 lipca. Ścigając główne zagrożenie - imigrantów z krajów islamskich. Cudowny polityczny dar z nieba - idealny kozioł ofiarny. Bezbronny i niewykształcony. Wystarczy raz na miesiąc deportować paru murzynów albo arabów. Co zrobi obywatel Twojego kraju, wychowany w bloku, ciągnięty w dół przez kolegów, z imigranckimi rodzicami coraz częściej przedstawianymi w mediach jako przyczyna wszelkiego zła, niekompatybilna z “naszym sposobem życia”?
Sorry, chłopcy ale to się skończy tak jak Fight Club. Być może nawet nie potrzeba imigrantów.
Ponadnarodowe korporacje nie czują żadnej prawnej odpowiedzialności za kraje w których operują. Nie działa najprostsza zasada: przedsiębiorca wyda zarobione pieniądze w kraju, w którym zarabia. Transfery pieniężne poza jakąkolwiek kontrolą przepływają przez państwa pralnie. Pojedyncze państwa, a nawet unie, są za słabe by się im przeciwstawić. Bo kto to widział. Walczyć z inwestorem?
Czy zdążymy zadać sobie jako społeczeństwo pytanie: “Czy nasz sposób życia jest właściwy?”. I czy jako gospodarka rynkowa naprawdę musimy hołubić wzrost? I czy powinniśmy w imię obrony “naszego sposobu życia” w pełni skolonizować Bliski Wschód?
Wspominam weekend w Irlandii. Rozmowy z tamtejszymi Polakami. Olbrzymie, nawet jak na zachodnią Europę pensje. I infrastruktura i profesjonalizm urzędników, fachowców, dużo gorsza niż w Polsce. Wzrost nie przełożył się na inwestycje publiczne. Konsumpcja wzrosła, ludzie jeżdżą droższymi samochodami i jedzą w droższych restauracjach, nawet podróżują w droższe miejsca, lecz w korkach stoja tyle co wcześniej. A zakup mieszkania stał się dla przeciętnego obywatela trudniejszy niż przed tem. A co to za różnica czy stoi się w godzinnym korku siedząc w volkswagenie czy jaguarze? I czy nie lepiej jechać volskwagenem 15 minut niż jaguarem godzinę?
Jest już późno i pewnie nie wszystko tutaj ma sens. Bo nie wszystko przecież rozumiem. Ale wiem, że milczenie nie jest złotem… na blogu.
I might be wrong
Wykrzykując w proletariackim tłumie bochumowej “żylety” skład Vfl przed historycznym meczem, odnajdywałem swe plemienne uczucia. Autoironia, samokontrola i trzymanie fasonu, wymieszane w tłumie oddanych fanów, którzy dopiero przy 0:4 zaczynali odwracać się od swojej drużyny. ULTRAS kibicowali do zdartego gardła aż do końcowego gwizdka. 0:6. Najwyższa porażka u siebie w historii Vfl Bochum. Zaiste historyczny wynik. I to w dniu, w którym do fanów zapisał się Herbert Grönemeyer.

Wczoraj było lepiej. Tylko 0:1 z Wolfsburgiem.
Dla takich głupot powstał youtube.
Rasiak
Jeleń
P.S. Instant cappucino w muesli. Ostatnio tym żyję :)
Ostatnio bardzo multimedialnie się tutaj zrobiło. Dla zamyślonych teraz filmowa chwila refleksji. Nawet jeżeli płytka i mało odkrywcza, kilka podstawowych spostrzeżeń warto sobie odświeżyć. Raz na jakiś czas…
To ja też parę wybranych zdjęć dorzucę. Niestety ostatnio siadła nam galeria, więc zdjęcia będą a la fotoblog.