Hi! My name’s Guybrush Threepwood, and I want to be a pirate!
Lacuna confidential file #724; Mind map location(s): Chaos, Fukitol, Sick Sad WorldMemory mapped on: 28 August 2007, 6:23 pm
Patient: Spotless
Życie płynie konsumpcyjnym rytmem. Dominuje rutyna i praca, ale nudy nie ma — może dlatego, że nie ma na nią czasu. Raz na wozie, raz w nawozie. Zapomniałem już jak smakuje deszcz na twarzy, to na plus.
Irytują mnie teksty w GW zachwalające życie za granicą. Nowa Zelandia jest krainą miodem i łatwymi pieniędzmi płynąca, a kto wróci do Polski z Wysp — żałuje. Nikt się jeszcze po tylu latach emigracji nie nauczył, że Edenu nie ma? Że nie ma takiego kraju, gdzie wszystko samo i łatwo człowiekowi przychodzi, że emigracja to sztuka wyborów, godzenia się na rzeczy, które rażą i denerwują mniej, ustalanie priorytetów i przede wszystkim ważenie kompromisów?
Ale tego nie da się chyba nauczyc. Ci, co wyjechali, między sobą zawsze na emigrację narzekają. Ale gdy rozmawiają z tymi, co zostali, zawsze emigrację idealizują, a plusy wyolbrzymiają. “Staaary, kaska (eurosy, dolary) płynie, języka znac nie trzeba, dajemy radę bez, irole to idioci i można ich jechac równo, za godzinę pracy mogę kupic sobie sto razy więcej niż w Polsce za całą dniówkę”, itd. I z tych relacji potem powstają takie artykuły jak powyżej, a ludzie są nadal ogłupiali i jadą szukając zachodniej nirwany, z 10 euro w kieszeni i bez znajomości języka.
Owszem, wyjechałem. Dwukrotnie. I tak, jest mi lepiej niz w Polsce. Ale opowiadając o plusach nie zapominajmy o minusach. Kompromisy kosztują. Dla kogoś może się to kalkulowac, dla innego niekoniecznie. A przede wszystkim — nigdzie i nigdy nie jest łatwo.
Żeby już skończyc ten niepotrzebny wykład — “little differences” potrafią byc naprawdę większe niż frytki z majonezem zamiast ketchupu.
Update: i nie miałem na myśli takich trosk i kompromisów, jacy mają bohaterowie innego reportażu GW — o moich sąsiadach i kolegach z pracy.
