Uwaga, poskacze troche z tematu na temat.
Zycie znowu uspokoilo sie na tyle, by znowu moc cieszyc sie wspolnie spedzonym czasem. Piatkowe i niedzielne lepienie pierogow ruskich (mniam!) z wizyta u ‘uziemionych’ czekaniem na dziecko znajomych. Sobota byla leniwo-filmowa z powodu deszczowej pogody, ale wieczorem przespacerowalismy sie do pobliskiej knajpki wloskiej — malym zgrzytem bylo zaserwowanie nam wina innego niz zamowione (i dwukrotnie drozszego), ale jedzenie wynagrodzilo to potkniecie na tyle, ze zrezygnowalismy z reklamacji.
W pracy tempo rowniez spadlo, i cale szczescie, bo momentami bylo juz bardzo meczaco — za kilka dni zacznie sie etap polowania na ten ostateczny build, ktory trafi do pudelek. Obserwowanie i branie udzialu w calym cyklu produkcji jest naprawde ekscytujace i motywujace. Juz nie poprawia sie kazdego znalezionego bledu, lecz dba o stabilnosc wersji: nad wprowadzeniem kazdej zmiany w kodzie debatuja teraz dwa komitety, wiec przepchniecie swojej poprawki nie jest latwe.
W tym miesiacu w kazdy piatek pracuje z domu — nie po to, zeby sobie przedluzyc weekend (chociaz jest to przyjemna perspektywa), lecz z powodu wizyt u dentysty w SF. Moje ubezpieczenie zdrowotne daje roczny limit stomatologiczny w kwocie $1500 — i lepiej z tego limitu skorzystac ‘na maxa’. Nie jest to duzo, zwazywszy na ceny najprostszych nawet zabiegow. Do tego pewna (niemala) czesc nalezy wylozyc z wlasnej kieszeni. Wychodzi na to, ze taniej byloby jednak kupic bilet lotniczy do PL i z powrotem, ale tym razem nie dam sie namowic na wycieczki lecznicze do kraju… Po tym, jak u osiedlowego dentysty zle zrobiono nam leczenie kanalowe (jeszcze raz ku przestrodze, nie radze korzystac z uslug ASdentu przy Szwedzkiej we Wroclawiu), wole nie ryzykowac. Gdy opowiadam tutejszym lekarzom jak wyglada praca polskich stomatologow, czuje sie troche, jakbym opowiadal o trzecim swiecie. Doprawdy. A uwierzcie mi, pod wzgledem poziomu sluzby zdrowia, Ameryka jest daleko w tyle za tak zwana nowoczesna Europa.
Zbliza sie koniec roku, pora oszacowac PITa (bedzie zwrot? czy moze raczej przyjdzie znacznie doplacic amerykanskiemu fiskusowi?), rozliczyc sie ostatecznie z Revenue w Irlandii, pomyslec jak zaplanowac przyszloroczny budzet… Plany na przyszly rok sa z jednej strony bardzo ambitne, ale z drugiej wiecej chyba jest niewiadomych. Jak co roku przy przedluzaniu umowy najmu przyjdzie nam pomyslec o tym gdzie i jak chcemy zyc, w co zainwestowac. Czy chwiejna gospodarka Stanow pozwoli nam sprobowac sie tutaj zakorzenic i wziac jakis jumbo kredyt, przyczyniajac sie do jeszcze wiekszego rozchwiania tejze gospodarki? Czy moze machnac reka i wynajmowac, tak jak robi to wiekszosc “mlodych”? Chyba nie obejdzie sie bez rozmowy z jakims konsultantem, ktory dokladnie przemieli nasza zdolnosc kredytowa, mozliwosci finansowe itd., by wypluc werdykt na najblizsze 40 lat. Ciekawe, jak w rozwinietych krajach podobnie wygladaja kwestie zwiazane z zaleznosciami miedzy kredytem, zarobkami i wartoscia nieruchomosci. Jakby nie kombinowac, i tak trzeba sie utopic na wiele wiele lat. Nie to, zebym marudzil. Spory (jak na owczesne realia) kredyt w Polsce splacam juz od szesciu lat, wiec decyzje pod tytulem “kredyt do smierci” mam juz za soba. Ot, male zrywy buntu przed nieuniknionym udupieniem.
Ostatnio wzielismy udzial w kursie gotowania organizowym w naszym ‘osiedlu’ — w stylu poludniowym (czyt: kuchnia Texasu, a nie Srodziemnomorska). Poszlismy na ten kurs gdy bylismy dosyc powaznie pokloceni, ale po kilku butelkach wina zrobilo sie bardzo przyjaznie i wesolo — poznalismy sympatycznych ludzi (brytyjczyka z zona Amerykanka azjatyckiego pochodzenia oraz teksanska dziewczyne urodzona na Wegrzech z facetem Amerykaninem), ktorych nastepnie zaprosilismy do nas na kolacje. W trakcie rozmowy okazalo sie, ze wszyscy w podobny sposob szukaja swojego miejsca: para z brytyjkczykiem mieszkala przez 9 lat w Londynie, by przeprowadzic sie do San Francisco, natomiast Wegierka z Amerykaninem niedawno przyjechali z wysp Hawajskich, gdzie ona studiowala, a on pracowal. Ostatecznie, kazdy dochodzi do podobnego wniosku: szalenie trudno jest wybrac miejsce do zycia (gdy sie ma wybor) — paradoksalnie, im wiecej sie widzialo i poznalo, tym trudniej zgodzic sie na kompromisy i zaakceptowac cos, co w danym miejscu jest gorsze, niz gdzie indziej. Duzo czasu wymaga ustalenie priorytetow i wybranie miejsca, gdzie te najwazniejsze rzeczy dzialaja ‘po naszemu’. My jeszcze nad tym pracujemy.
